Denisa Duran

 

Denisa Duran

 

(Rumunia)

 

 
Efekty/Zielone banany dojrzewające na szafie

 

 

 

***

W tym tramwaju

ludzie są tak biedni,

że kontrolerzy już nawet nie wsiadają –

mogę jechać spokojnie

bez biletu.

 

 

 

***

Każdego ranka

ociężałe kobiety z chustkami na głowie, w spódnicach

nałożonych na dziane spodnie

wdrapują się z trudem

po stopniach tramwaju

aż nazbyt wysokich

i proszą:

„Wciągnij mnie kochana,

wciągnij i mnie!”

 

 

 

***

I każdego dnia słyszę szemranie

„przedtem było o wiele lepiej,

było lepiej!”

jakby pojęcie „dobrze”

mogło się kojarzyć

już tylko z przeszłością;

(byłaby to oznaka starości?)

„przedtem było lepiej…”

(zanim się narodziłaś) –

i nie możesz się z tym pogodzić…

 

 

 

***

Pogłoski o rewolucji i

“terrorystach” strzelających do nas

tego dnia, w którym

babcia

ugniata ciasto na placek

nie mówiąc ani słowa;

my, wokół niej

poruszeni

przy oknach

czekamy, kiedy pojawią się czołgi na ulicy

w naszym przygranicznym mieście,

słynne rosyjskie czołgi…

Co my zrobimy?!

Co my zrobimy?!

I babcia, która spokojnie odpowiada:

„zejdziemy do podziemi

piekę ciasta i chleb

żebyśmy mieli co jeść”.

 

 

 

***

Idziemy „do bloku”

ze szkoły do bloku,

opuszczonymi ulicami miasta,

spanikowanymi ulicami,

mama ciągnie mnie za rękę i mówi:

„uciekajmy! jadą terroryści

w czerwonych samochodach”

(obok nas, mężczyzna z mętnym wzrokiem, ładuje broń)

a mnie boli

„gdzieś w środku”

nie mogę już biec

mama krzyczy do mnie:

„uciekajmy, postaraj się,

inaczej przyjdą terroryści!”

 

 

 

***

Zielone banany dojrzewające na szafie.

Dziś po raz pierwszy spróbowałam banana

„jest jak masło, nie smakuje mi…”

A moi rodzice, rozczarowani:

„spróbuj jeszcze, no spróbuj!”

kręcąc się wokół mnie

jak wokół jakiejś tajemnicy.

 

 

 

***

Przejrzałe banany z Carrefoura,

banany w przerwie obiadowej,

bananowe diety pogrubiające…

i moje zielone banany – całkiem niedawno –

dojrzewające na szafie

jak na cudownym drzewie.

 

 

 

***

Kolejki po mleko, skoro świt,

„wstawaj dziecko,

idziemy po mleko”

dorównujące, 15 lat później,

tylko kolejkom po paszport –

wraz z tatą

od 5 rano do 7 wieczorem;

drzwi policjanta Wergiliusza

zamknięte tuż przed nosem

pod koniec urzędowania.

„Panie władzo, proszę,

niech mi Pan da szansę zwiedzić świat…”

„Jest jeszcze mleko?”

„Już nie ma”.

Kolejny dzień poszedł na marne.

Drogocenne mleko w mych dziecięcych żyłach,

mleko okupione bezsennymi nocami

i żylakami na nogach.

A teraz,

w mojej przestronnej dzielnicy

mleczarz z bloku zwołuje klientów

dźwiękiem dzwonka;

zbiegamy w jednej chwili,

złaknieni,

i kupujemy mleko, ser, śmietanę…

Moje młodzieńcze żyły

pełne mleka

(sprzedawanego w butelkach po Fancie).

 

 

 

***

Czechy,

niezliczone atrakcje turystyczne

i białe łabędzie;

pamiątki z kolorowej ceramiki

i reminiscencje komunizmu

wystawione na sprzedaż:

gwiazdy, ordery

koszulki, kubki, czapki

z sierpem i młotem

i Kafka.

(zachodnia młodzież

pchająca się, by je kupić –

a mnie przechodzą dreszcze…)

 

 

 

***

Mój dziadek, który czyta „Nową Jutrzenkę”

i odmawia przyjścia „do nas, do bloku”,

by zobaczyć, jak się urządziliśmy…

Gdy wychodzimy od niego,

odprowadza nas wzrokiem

aż do końca ulicy,

do kina „Płomyk”

(gdzie skręcamy).

 

 

 

***

Dziś podpisałam pierwszy publiczny protest

w życiu młodego demokraty

„Petycja przeciwko brakowi profesjonalizmu

Krajowego Centrum Kinematografii”,

które przyznało dofinansowanie w trzech różnych sekcjach

tylko (znów) Sergiuszowi Nicolaescu –

ze szkodą dla odnoszących sukcesy młodych reżyserów,

których popieram

z solidarności artystycznej i szacunku.

Otrzymałam automatyczne gratulacje

od autora strony, który zamieścił petycję

i którego wywody

przeczytałam jednym tchem.

Pogratulował mi odwagi

wyrażania publicznie własnej opinii

i zachęcił do przekazania

„przynajmniej 1$”

na ulepszenie strony i wspieranie

wolności słowa.

Dopiero teraz uświadamiam sobie,

jak trudno przyszło mi złożyć podpis

i ile lat wahałam się

(w podobnych sytuacjach)

z podświadomego strachu,

by nie być „śledzoną/prześladowaną”,

przypisaną do jakiejś opcji,

odnotowaną gdzieś, negatywnie,

ze szkodą dla innych

możliwych wolności anulowanych

nieświadomie.

Skąd to „podświadome prześladowanie”

epoki, której nie przeżyłam w pełni,

a którą znam

wyłącznie ze słyszenia i z książek…?

 

 

 

***

Marcowe dni w przedszkolu,

gdy zupełnie nie mamy pieniędzy.

Niosę wychowawczyni

ślicznego marţişorka znalezionego na ulicy.

Tylko tyle? wyszczerza się do mnie

i daje mi go z powrotem.

 

 

 

translated by Joanna Kornas-Warwas and Dorota Sobiak

 

 

 

 

 

 

 

 

____________________________________________

 

Denisa Duran (b. 1980) is a Romanian poet, translator and cultural manager, author of four poetry books; these include the award-winning debut collection Pufos şi mecanic (Fluffy and Mechanical, 2003) and, most recently, Dorm, dar stau cu tine (I Am Asleep, Yet Keep You Company, 2014)  – an illustrated  book about “becoming”, until the age of one.

Her collection „Omul de unică folosință / Disposable People” (bilingual, published in Ireland by Galway Print, in 2009) includes the selection of poems translated above, „Green Bananas Left to Get Ripe on Cupboards” – childhood memories from the last years of the Communist regime in Romania.

She signed her first three books by the name of Denisa Mirena Piscu. In 2015, together with the Austrian composer Bruno Pisek, she created a radio work about her city – Bucharest Nowadays is Beautiful, isn’t it? – broadcast by ORF – Kunstradio. Selections of her poems have been translated into 12 languages and included in several national and international anthologies and magazines.

Denisa Duran is BA in Romanian & English Language and Literature, MA with a thesis about sound poetry, written in English. She worked as a journalist, translator and editor and, since 2007, she is project manager at the Romanian Cultural Institute in Bucharest.

 

Articles similaires

Tags

Partager