Carmen-Francesca Banciu

 

 

(Niemcy)

 

 

 

Copyright: Marijuana Gheorghiu

 

 

 

KWIATY DLA MATKI

 

 

 

 

Przyniosłam kwiaty. Ale mama nie była przyzwyczajona do kwiatów. Jeszcze nie umarłam, powiedziała. Nie wiedziałam, co zrobić z tymi kwiatami. Mięsiste róże wydały mi się nagle obleśne. Powiedziała: wyrzuć je. Jak już nie masz lepszego pomysłu.

 

Nie mialam lepszego pomysłu. Jakbym zastygła. Powinnaś przyjechać, zawiadomił mnie ojciec telefonicznie. Że to ważne. Nie powiedział ale, czy to ważne dla niego. Czy. Dla kogo. I dlaczego.

Natychmiast mam przyjechać! Więc wsiadłam do pierwszego samolotu. Chciała mnie widzieć? A czy ja chciałam ją widzieć?

 

W pokoju unosił się zapach palonych lalek zmieszany z wonią chryzantem. Ale chryzantemy  były tylko w mojej głowie. A to z lalkami było dawno.

 

Róże przyniosłam matce. Matka leżala w łóżku. Powiedziała, że mam się za nią modlić. Matka powiedziała modlić, jakby chodziło o mycie rąk. Mnie nauczono tylko mycia rąk.

 

Nie umiem się modlić. O modleniu nic mi matka nie mówiła. Żebym na nikim nie musiała polegać. Tylko na sobie możesz polegać, mawiała. A ja bardzo dobrze nauczyłam się tej lekcji. Nauczyłam się jej i zaraz o niej zapomniałam.

 

Może Pani to sobie wyobrazić? Na zawsze ją sobie zapamiętałam i równocześnie zapomniałam o niej. Wie Pani jak to jest, jak sie coś wie i nie wie się tego? Gdy sie coś potrafi i nie? Wtedy czuje się, że się istnieje. Jest się. I nie jest się. I tęskni się za swoim własnym bytem.

 

Pani pomyśli, że zwariowałam. Nie jestem wariatką. Jestem nią i nie jestem. Czy z Panią jest inaczej? Ja do Pani nie mówię. Ja do siebie mówię. Do tej części mnie, która o tym wie. I może. I do tej części mnie, która o tym nie wie. I nie może. Uczę się dopiero, jak te części ze sobą pogodzić. Pojednać. Móc połączyć.

 

I co z tego ma wyniknąć? Ni to ni owo? Nie. Jedna istota. Istota pełna równowagi. Lecz czym jest równowaga? Czy Pani wie, czym jest równowaga?

 

Ja też nie wiem dokładnie. Chociaż są dni, kiedy to wyczuwam. Czuję moje stopy. Które się przytulają do asfaltu. Czuję, jak stopa z rozmachem podnosi się do góry i na nowo staje na ziemi. I to jak taniec. Jak łańcuch. Jeden raz po drugim. Jakby się człowiek unosił. Ale się nie unosi. Idzie się. Idzie ze sobą. Idzie po prostu. I nie jest się. Tylko się czuje. Jestem.

 

Czasem idzie się obok siebie. Czasem ze sobą. W sobie. A czasem idzie się zwyczajnie.

 

Co ona chce ode mnie usłyszeć, ta młoda kobieta. Dosiadła się do mojego stolika. Nie pytając o pozwolenie. Znamy się tylko z widzenia. Ona codziennie przychodzi do kawiarni, poczytać gazetę albo popatrzeć na ludzi, sącząc nieskończenie długo małą czarną. Dziś wygląda na wzburzoną. Mówi. Jakby czymś gnana. Nie czekając na odpowiedź.

 

Równowaga. Czym jest równowaga. I kto znajduje się w stanie równowagi, mówi młoda kobieta. Nie patrzy przy tym na mnie. Wygląda przez okno. W dal. W ten rodzaj dali, który niweczy czas i przestrzeń. Równowaga, powtarza. Czy prezydent republiki jest w stanie równowagi? Papież? Matka Boska?

 

Tylko na krótko przerywa sama sobie i spogląda w swoją filiżankę, jak gdyby odkryła tam, głęboko na dnie, jakiś świat. Później kontynuuje. Ona jest w stanie równowagi. Matka Boska. Ona potrafi wyrównać ból z powodu utraconego syna miłością. Zneutralizować.

 

Ona potrafi bezwarunkowo kochać świat.

 

A matka. Moja matka. Kogo ona kochała. Czy kochała mnie? Często tak twierdziła. Zawsze, gdy czegoś mi nie było wolno, a czego bardzo pragnęłam. Wszystkiego zabraniała mi dla mojego dobra. Bo się o mnie martwiła. Bo się o mnie bała. Bo mnie kochała.

 

Matka kochała mnie i ojca. Ale ojcu wolno było wszystko. Wolno mu było nie wracać na noc do domu. Chociaż się o niego martwiła. Ojciec nie wracał do domu, bo był zajęty sprawami dla naszego społeczeństwa. Dla komunizmu.

 

Zawsze był gdzieś czymś zajęty. Tylko w domu nie miał zajęcia. Ponieważ jego zadania dawały się gdzie indziej lepiej wypełnić. Robił nam przysługę, wracając do domu. Chociaż nie było przysługą ani mieć go w domu, ani go nie mieć w domu.

 

Mieć go w domu, oznaczało zawsze mieć wzgląd na to, że jest w domu, chociaż mógłby być gdzie indziej. Kiedy ojcowie muszą być w domu?

 

Ojcowie nie muszą być nigdy w domu. Bo ojcowie zarabiają pieniądze, a zarabianie pieniędzy nie odbywa się w domu. Ale matki też zarabiają pieniądze. I to też nie odbywa się w domu. A mimo tego one muszą być w domu. Matki też nie było w domu. A gdy była, nie było jej w rzeczywistości. Bo wtedy musiała zajmować się pracą domową. Żeby można było podziwiać jej umiejętności jako gospodyni domowej. Albo przynajmniej nie móc utrzymywać, ze jest złą gospodynią. Matka potrafiła wszystko robić dobrze. Również być gospodynią domową. Nie wiem, czy potrafiła równie dobrze być matką. Ale czy matki można pytać o coś takiego? Czy można coś takiego kwestionować?

 

Matka leżała w łóżku. Widzę ją przed oczami, jakby to było dzisiaj. Matka była wyczerpana. Wycieńczona przez życie. Jej siła została z niej wyciśnięta. Szukam wlaściwego słowa. Aby opisać, co się z matką stało, mówi ta kobieta.

 

Ta kobieta nazywa sie Maria-Maria. Przyjechała z Bukaresztu do Berlina. Po rewolucji. Przyjechała, aby stwierdzić, czy może się zdać na siebie samą. Wszystko rzucić i zacząć od nowa. Od zera. Z niczego zrobić coś. I jak można tego najlepiej dokonać?

 

Zostawia się wszystko za sobą i odchodzi się. Do innego świata. Gdzie wszystkiego trzeba się uczyć na nowo. Języka. Tego, jak klamki. Jak spłuczki naciskać. Jak otwierać okna. Jak wydobyć pieniądze z automatu. Jeśli się je ma.

 

Maria-Maria mówi: Przyjechałam, bo nie chciałam iść na grób matki. Nigdy tam nie chciałam pójść. Bo matki nie ma na cmentarzu. Ona jest gdzie indziej. Gdzie jest, nie wiem. Czasem jest obok mnie. Czasem jest we mnie. A czasem znika. Czasem jest w moich lękach. Mam dużo lęków. To lęki mojej matki. Ale ja się uczę je pokonywać. Uczę się przeganiać moją matkę.

 

Matka spaliła moje lalki. Żebym na nikim nie musiała polegać. Jak tylko poszłam do szkoly. Moje łóżko bylo otoczone lalkami. Bardzo wcześnie miałam mój własny pokój. Żebym się nauczyła organizować swój pokój. Żebym się nauczyła odpowiedzialności za mój własny obszar. I równocześnie za moje własne życie. Matka nigdy nie miała czasu. Miała tylko tyle czasu dla mnie, aby organizować moje życie. Ale żadnego czasu, aby to życie ze mną dzielić. Przeżywać. Matka nie miała przeżyć. Matka miała obowiązki. Od rana do wieczora. I nocą. Ale te nocne obowiązki mogła tylko rzadko wypełniać. Ojciec bywał rzadko w domu. Matka wypełniała obowiązek bólu głowy. Obowiązek jej codziennego bólu głowy.

 

W mojej pamięci matkę zawsze boli głowa. Jakby się z tym bólem urodziła. Jakby ból i matka byli jednością. Ból był i mnie dobrze znany. Długo mi towarzyszył. Aż powoli zaczęłam się uczyć, jak go odrzucać. Rozpędzać. Uwalniać się od niego.

 

Matka mnie nauczyła jak kochać ból. Ja kochałam moje lalki. Im mogłam coś opowiadać. Matce nic nie mogłam opowiedzieć. Matka nigdy nie słuchała. Rozmawiałam z lalkami, ale matka powiedziała, nie rozmawiaj sama ze sobą. Tak robią tylko wariaci i twoja babka. Dla matki babka była najgorszym przykładem.

 

Pierwszy dzień szkoły był szczególnym dniem. Nie tylko ze względu na świeżo wydrukowane książki, które starannie zapakowane czekały na nas na każdej ławce.

 

Ja byłam z książkami dawno obeznana. Umiałam już czytać, pisać i liczyć. Tego wszystkiego nauczyła mnie matka. Musiałam się szybko uczyć. Bo matka nie miała cierpliwości, aby coś dwa razy tłumaczyć. A już na pewno nie miała czasu.

 

Już siedem lat, powiedziała matka, i do szkoły też już idziesz. Jesteś już duża. Musisz tylko na sobie polegać. Lalki nie są żadną podporą. W dniu rozpoczęcia szkoły matka spaliła moje lalki. Miałam czytać. Miałam się uczyć. Wiedza miała być moim wsparciem.

 

Wiedza była dla matki jak pokarm. A jednak potępiała wiedzę innych. Powinnaś wiedzieć o wszystkim.

 

W rzeczywistości nie o wszystkim. Matka nie chciała, abym wiedziała o szczęściu. Na szczęściu nie można polegać. O ile w ogóle istnieje szczęście, mówiła matka, przychodzi ono rzadko i szybko przemija. A potem wpada się do tej dziury, którą po sobie pozostawia. I dusisz się. I toniesz. I nie możesz nigdy więcej się stamtąd wydostać.

 

Matka też się nie wydostała. Matka nie znalazła wyjścia. Mimo, że nie wierzyła w szczęście. W co matka wierzyła?

 

Masz polegać na samej sobie. Czytać. Uczyć się. Wiedzieć. Polegaj tylko na tym, co sama osiągnęłaś. Na swoich siłach. Na swoich cnotach. Matka była cnotliwa. I teraz leżała w łóżku ze swoimi cnotami i mówiła: Módl się za mnie.

 

***

 

Odwiedziłam ją w tamten poranek w szpitalu, mówi Maria-Maria. Ojciec zadzwonił. I powiedział, że mam przyjść. Bałam się zobaczyć matkę. Ale teraz matka nie mogła już mnie bić. Ani spalić moich lalek. Teraz nic już nie mogła zrobić. Tylko leżeć w łóżku. Z głową na trzech poduszkach. A to wciąż było nie dość wysoko. Bardziej siedzenie niż leżenie. Inaczej woda z płuc spłynęłaby jej do gardła. I mogłaby się udusić.

 

Jakie to człowiek ma wyobrażenie o duszeniu się. Jako dziecko wierzyłam, że można przez zasznurowanie nadgarstka kogoś udusić. Albo talii. Jest wiele rodzajów duszenia. Przez zasznurowanie myśli można kogoś udusić.

 

Myśli są wolne. Nikt nie potrafi ich kontrolować. To jest jedyna wolność, która istnieje bez ograniczeń. Matka wierzyła, że jest inaczej. Wierzyła, że jej obowiązkiem jest przeszukiwanie moich zeszytów. Przeszukiwanie moich torebek i mojego tornistra. Wierzyła, że jako matka jest upoważniona do wszystkiego. Do przepędzania śmiałych, niepożądanych myśli. Wszystkich myśli, które wywoływały w matce niepokój.

 

Większość tego, o czym myślałam, wywoływalo w matce niepokój. Kiedy matka była niespokojna, zaczynała boleć ją głowa. Kiedy matkę bolała głowa, nie można było się do niej odzywać.

 

Nie chciałam się wcale do niej odzywać. Schodziłam jej z drogi. Zazwyczaj schodziłam jej z drogi.

 

Matka nie była zdania, że ma się prawo do niewypowiedzianych myśli. Matki powinny wszystko wiedzieć. Ale wszystkiego nie można powierzyć nawet swojej własnej matce.

 

Strzegłam się przed powierzaniem matce czegokolwiek o sobie. To już trwało długo. Od czasu, jak matka spaliła moje lalki. A mnie nie wolno było płakać. Bo gdy się ma siedem lat, jest się juz dużą. I chodzi do szkoły. I nie wypada płakać.

 

Bo po mnie oczekiwano czegoś innego, mówi Maria-Maria.

 

Zagląda do filiżanki z resztką fusów na dnie. Obraca ją tam i z powrotem. Małe jesienne pejzaże ukazują się w filiżance. Brąz i biel. Maria-Maria niszczy je wskazującym palcem.

 

Maria-Maria mówi: Przyleciałam pierwszym samolotem. Matka leżała w łóżku i nie wiedziała, że przyjadę. Ten dzień wydawał sie boleśnie czerwonoszary. Jeden dzień z życia mojej matki. Zwyczajny dzień. Tyle, że był to matki ostatni dzień.

 

Obudziła się z niepokojem w gardle. Niepokój urósł i rozprzestrzenił się. Zajął przełyk i przemieścił się do ust. Ust pełnych kamieni. Niepokój przewędrował do płuc i dalej do brzucha jak pleśń. Kleisty liszaj.

 

Mam jeszcze dużo czasu. Mówi matka. Idź. Rób swoje. Nie potrzebuję ciebie. A jeśli, to każę cię zawołać.

 

Matka nie chciała mnie przy swoim umieraniu. Ojciec powiedział później, że potrafi to zrozumieć. W radio nadawano audycję na temat pierwszego dnia szkoły. To był mój pierwszy dzień szkoły. Sama napisałam ten tekst. Sama go odczytałam. Ale matka nie mogła go znieść. Ani mojego głosu.

 

Matka patrzy na kwiaty. Te kwiaty rozkładają sie na moich oczach. Myśli matka. Mogę słyszeć jej myśli. Spogląda na mnie i robi znak ręką. Żadne słowa nie rozlegają się. Spojrzenie jest czarne. Prześladowanym zwierzęciem jest matka. Potrafi tylko dać znak ręką. Zabierz je stąd. Śmierdzą.

 

Widzę słowa w jej oczach. Potrafię je czytać. Gdziekolwiek nie popatrzeć, widzę matki oczy. A w oczach czai się jej strach. Strach, że nie wolno jej będzie mnie już widzieć. I strach, że musi mnie znieść. Znieść, że tu jestem. Teraz, kiedy ona chce odejść.

 

Matka chciała. Nie, teraz musiała odejść. Teraz, kiedy ja tu byłam, miała iść. Tego matka nie mogła znieść. Mojego głosu nie mogła znieść. Wszystkiego, co miało ze mną coś wspólnego, nie mogła znieść. Dlatego odesłała mnie do domu.

 

Ojciec powiedział, że to ważne, abym przyjechała. Ale matka wystraszyła się, gdy przyjechałam.

 

Czy już pora? Tak, już pora.

 

Ona o tym wiedziała, i równocześnie nie wiedziała. Powzięła decyzję. Czy jak tam to jest, kiedy się umiera. W jakiś sposób decyduje się zawsze. To tylko przelotna myśl. Jak błyskawica. Pozwala się jej rozbłysnąć. Głowa zaraz potem o niej zapomina. Tylko komórki o niej nie zapominają. Przygotowują sie do długiej drogi tam. Matki komórki już dawno nie chciały. Znam matkę tylko jako starą istotę. Dla mnie się to już nie opłaca, zwykła mawiać. Dla niej się nigdy nic nie opłacało. Zawsze tylko dla innych. Życie trzeba przeżyć dla innych. A matka już nie wiedziała, dlaczego miałaby żyć dla mnie. Dla ojca nie żyła już dawno. To nie jest calkowita prawda. Najchętniej żyłaby dla ojca. Ale ojciec żył dla innych. Albo żył dla siebie.

 

Albo żył w ogóle? A matka. Czy matka kiedykolwiek żyła? I matka żyła dla społeczeństwa. Dla naszego społeczeństwa. Dla komunizmu. Każdy powinien dla niego żyć. Przede wszystkim ojciec tak mówił.

 

Maria-Maria mówi, że matka zamknęła w brzuchu powietrze. To powietrze, którego potrzebowałaby do oddychania. I że oddychała tylko powierzchownie. I że to nie wystarczało, aby naprawdę żyć.

 

Kawiarnia o tej porze jest wyludniona. Nawet kelnerka zniknęła do kuchni. Maria-Maria spogląda przez okno i stąd jeszcze dalej. W miejsce swoich myśli. W miejsce, gdzie leżała matka.

 

Spoglądam na Marię-Marię. Widzę Marię-Marię z bukietem kwiatów w ręce przy łóżku matki. Kwiaty drżą. Maria-Maria patrzy najpierw na kwiaty. Potem rozgląda się. Pragnie pozbyć się tych kwiatów. Czuje się uwięziona przez oczy matki. Przez bukiet z ołowiu. A bukiet rośnie i rośnie. Maria-Maria jest dzieckiem z nadnaturalnie wielkim bukietem kwiatów przy łóżku matki.

 

Matka leży na katafalku i wygląda jak zwierzę, które ścigano. I ma niebieskie usta. Te usta są suche i sklejone. Zęby matki są martwe. Martwa żółć. Widzę, jak Maria-Maria drży. I jak po opuszczeniu sali chorych wymiotuje pod szpitalem. Wydobywa się z niej. Strach. Obrzydzenie. Nie wie, co to jest. Coś, co jej żołądek wpędza w szaleństwo. Nazywa go uwięzionym bokserem. Maria-Maria siedzi naprzeciwko mnie i opowiada.

 

***

 

Stałam tam z bukietem kwiatów i nie wiedziałam, co z nim zrobić. Powinnam była matkę objąć. Leżała oparta na kilku poduszkach. Jej usta byly niebieskie i suche i kleily się do dziąseł. Dziąsła były zafarbowane na niebieskoszaroczerwony kolor. Jej włosy przylepione do czaszki opadały w kosmykach i były nagle siwe. Naraz zrobiła się stara. Bardzo stara. Na moich oczach przeistoczyła się. Pod jej skórą widziałam prababkę. Leżała na kilku poduszkach. Matka stawała się coraz starsza. Aż nie mogłam jej rozpoznać. Miała skronie z pergaminu, a skóra nad kościami policzkowymi rozciągnęła się i groziła pęknięciem. Bałam się prababki. Która nagle leżała w łóżku. I powiedziała: Idź, każę cię zawołać, gdy będę cię potrzebowała. Prababka mówiła głosem matki.

 

Matka nigdy mnie nie potrzebowała. Matka nigdy mnie o nic nie prosiła. Rozkazywała mi. Rozkazy były dla matki sposobem, w jaki się ze mną porozumiewała. Czasem matka rozkazywała: Przynieś mi pasek.

 

I ja przynosiłam jej pasek. A ona biła mnie nim. Wybijała nim z siebie całą swoją złość.

 

Te kwiaty trzymałam w ręce i nie wiedziałam, co z nimi zrobić. Któż to podarował kiedykolwiek matce kwiaty. Ja matce nigdy nie kupowałam kwiatów. Chyba że na Dzień Matki. Dzień Matki byl 8. marca. Był międzynarodowy. I honorowało się wszystkie matki świata, honorując swoją własną.

 

Honorowaliśmy nasze matki w szkole. Honorowane były w swoich miejscach pracy. Wypełniały swoje obowiązki. Dla nich śpiewaliśmy piosenki. I recytowaliśmy wiersze. Matki wyprasowały nam pięknie fartuszki szkolne, abyśmy na scenie honorowo mogli je uhonorować. Do matki nic z tego nigdy nie dotarło. Ale honory wisiały w powietrzu i może dotarły jednak do matki w jakiś tajemniczy sposób. Tylko że matka nigdy o tym nie wspominała.

 

Zawsze tak bylo. Honorowało się dzieci całego świata świetując Dzień Dziecka. Również z okazji Dnia Dziecka staliśmy na scenie. I śpiewaliśmy i recytowaliśmy, aby uczcić dzieciństwo. Bycie dzieckiem. I dzieci tego świata. I smuciliśmy się nad dziećmi, które wcale nie wiedziały, że są dziećmi. Ponieważ te dzieci musiały pracować. Dawać się wykorzystywać. Albo strzelać z broni. Do innych ludzi. Nie miały okazji, aby tak jak my świętować dzieciństwo.

 

Nigdy matce nie podarowałam kwiatów. Poza Międzynarodowym Dniem Kobiet. 8. marca. Matka otrzymała te kwiaty symbolicznie. Tak naprawdę dostała je towarzyszka nauczycielka, która też była matką, i która dostała je zastępczo dla wszystkich matek świata.

 

Nikt matce nie podarował kwiatów. Ojciec nawet nie wiedział, że kwiaty istnieją. W domu mieliśmy plastikowe róże. Róże, które trzymają się całe życie. Które trzymają się dłużej, niż życie. I które można podać dalej.

 

Próżność, marnowanie pieniędzy. I róże. Z tym matka nie miała nic do czynienia.

 

Jeden dzień z życia matki. Mówi Maria-Maria. W jednym z tych dni chętnie wzięłabym udział. Chętnie chciałabym wiedzieć, co matka myśli. Kim matka jest. Raz pisaliśmy na Dzień Matki wypracowanie. Każdy o swojej własnej matce. O jej roli w spoleczeństwie.

 

Kim jest moja mama? Moja mama jest najcudowniejszą matką na świecie. Moja mama jest traktorzystką. Pracuje w PGR-ze i jeżdżąc traktorem robi bruzdy na polu. Potem rozrzuca przy pomocy siewnika w te bruzdy ziarna zboża. Ziarna kiełkują i rosną. W lecie przyjeżdża mama kombajnem i zbiera zboże. Ze zboża robi sie później chleb. Chleb jest świeży i dobrze smakuje. Moja mama jest najcudowniejszą matką świata.

 

To nie było moje wypracowanie. To było wypracowanie Dorina. I my wszyscy zazdrościliśmy mu. Bo on w tym roku otrzymał w szkole pierwszą nagrodę. Kto tę nagrodę otrzymał, ten był przez swoją matkę bardzo kochany. Bo była z niego dumna. Była dumna, że mogła innym matkom pokazać, jak dobrze wypełniała swoje obowiązki jako matka i jak pożyteczna była dla społeczeństwa. Każda matka, która była pożyteczna dla społeczeństwa, była szczęśliwą matką. Uczono nas w szkole. My mamy tylko szczęśliwe matki w naszym społeczeństwie. Matka była pożyteczna, a jednak można było dostrzec, że nie należała do tych szczęśliwych matek.

 

W pierwszych latach szkoły starałam się. Dostałam pierwszą nagrodę. Ale matki twarz nie promieniowała radością. Tego ciepłodajnego, wszechogarniającego uśmiechu nie byłam w stanie u niej wywołać. Matka nie znała słowa szczęście. Nie należało do jej słownictwa. Nie należało do jej życia.

A ojciec powiedział: Niczego innego się po tobie nie spodziewaliśmy.

 

 

Z niemieckiego przełożyła Kassandra Lewicka

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

____________________________________________

 
Born in Lipova, Arad County, in 1955, Carmen-Francesca Banciu wins Arnsberg’s International Short Story Prize in 1985. In that period, her name goes on the « publication ban » list. In 1991 she establishes in Berlin, where she starts to write texts in German. Volume: Manual of Questions (1984), Fenster in Flammen (1992), Filuteks Handbuch der Fragen (1995), A day without President (1998), Vaterflucht (1998), Land voller Ein Helden (2000), Berlin ist mein Paris ( 2002), Deborah (2005), Das Lied der traurigen Mutter (2007).

 

____________________________________________

 

www.banciu.de

www.literaturport.de

www.goethe.de

 

http://www.mutterromancefebe.wordpress.com
www.levurelitteraire.com

 

Articles similaires

Tags

Partager